
Jakiś czas temu pewną pustkę w moim zyciu zapełnił pewien koń imieniem Gypsy. A było to tak.....
Pewnego dnia wybrałam się na tereny naszego rancza, tato mówił mi że żyją tam dzikie konie, kozice itd. Przechadzałam się po polance usianej kwiatami. Nagle usłyszałam jakiś głośny huk, coś biegło niczym z procy, zamiast wiać, moja ciekawość postanowiła zbadać co to jest.
Z pagórka zbiegał kary koń.

Koń mnie spostrzegł i skierował się w moją strone. Snanęliśmy oko w oko. Lecz nie czułam strachu.

Po woli wyciągnęłam dłoń w kierunku głowy konia, lecz ten stał i wpatrywał sie we mnie. Moja dłoń dotknęła go, ten wesoło pokiwał łbem. Na mojej twarzy pojawił się promienny uśmiech.

Gdy szłam w kierunku rancza ona podążała za mną. Spróbowałam wsiąść jej na grzbiet. Udało się, konik ruszył galopem wodzony przezemni, było to cudowne przeżycie, wiatr we włosach i ja i ta urocza kara klacz. Gdy dojechałysmy do celu, pobiegłam do domu i opowiedziałam o tym tacie, tato założył jej kantar i umyliśmy ją wspólnie.

Nadał jej imie Gypsy znaczy Czarnula. Od tej pory jesteśmy razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz